niedziela, 17 września 2017

Nawałnica 11/12.08.2017

Hej!
Długo się zbierałam z napisaniem tego posta. Ale nie dziwcie mi się, nikt nie chce wracać , nawet wspomnieniami do takich traumatycznych zdarzeń. Bo tak - tą nawałnicę- huragan- nazywam traumą. 
I mimo, że straty ponieśliśmy tylko materialne oraz leśne to ja długo się po tym zdarzeniu nie mogłam pozbierać. 
Jak długo żyję, a żyję już 31 dobrych lat- nie pamiętam czegoś takiego. 
Owszem będąc małym dzieckiem pamiętam, że były burze na wiosnę i latem i to takie konkretne. Ale wiecie będąc dzieckiem nie zdawałam sobie sprawy z tego co taka burza może ewentualnie spowodować lub czemu zagrażać. 
Teraz jest inaczej, muszę się troszczyć o moje dzieci i nasz dom. Bo może i jest w opłakanym stanie, ale to zawsze nasze miejsce na ziemi. Na szczęście mury ochroniły nas przed tym strasznym kataklizmem.
Wróćmy do tego felernego wieczoru 11.08.2017r. Nic nie wskazywało, że wieczorem nadejdzie coś takiego. Owszem dzień był bardzo gorący, duszny. Pierwszy raz tego lata założyłam krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach. Pomyślałam, że już skończy się deszczowe lato i użyjemy troszkę porządnego słonka na koniec tych wakacji. Myślałam nawet o tym, aby wyjąć nasz basen. I jak dobrze, że tego nie zrobiłam. Bo teraz pewnikiem nie miałaby już basenu.
Była godzina 23. Dzieci uspane, naczynia pomyte. I postanowiłam sobie, że jeszcze wyprasuję stertę prania, która zalegała już od tygodnia. Ustwiłam deskę, włączyłam nawet żelazko i pamiętam zerknęłam na zegarek, było 20 po 23. Słyszałam z daleka jakieś huki piorunów ale pomyślałam, że to burza. Coś musiało dać po takim parnym dniu. I po chwili zgasło światło. Powyłączałam co się dało z kontaktów, wyłączyłam pralkę, bo akurat chwilkę wcześniej skończyła prać. I pomyślałam, że no dobra dziś już nie porobię nic. To idę spać.Nawet się nie rozebrałam w piżamy. Ten huragan był już u nas. To nie była burza. Huk piorunów, woda lejąca się jakby ktoś morze nad nami umieścił. Odsłoniłam rolety a niebo było wręcz czarno-czerwone. Przeraziłam się. I do tego to buczenie. Byłam pewna, że to idzie jakaś trąba powietrzna. Cały dom jakby miał się zaraz unieść do góry. Mi zaczęło robić się słabo od nerwów. Zapaliłam świeczki na oknach i zaczęłam się modlić, z tyłu głowy mając myśl, że to już chyba koniec świata. To nie była normalna burza. Ciągły huk i ulewy nie przestawały szaleć. Na dworze co chwila jakieś hałasy. Nawet nie pomyślałam, że mam samochód koło stodoły. Nie myślałam o niczym. Tylko o tym, aby nam się nic nie stało i aby dachu nie zerwało. Poszłam do łazienki. W korytarzu idzie komin wentylacyjny. Woda tak się lała, że albo jakaś dziura w dachu lub bokiem lub tym kominem. W korytarzu woda leciała. We werandzie mamy jedno stare okno a to nowe nie było jeszcze obrobione z zewnątrz i we werandzie pełno wody. 
Wchodząc do łazienki zobaczyłam że moja mama i siostra z Roksanką nie śpią też i siedzą, modlą się. Powiedziałam, żeby przyszli do mnie, bo u mamy stare okno ( a chciałam je wymienić podczas remontu w zeszłym roku, ale mama się uparła, że nie). Bałam się, że to okno może wylecieć. Przyszli do mnie. Mama oczywiście nie chciała iść i mówiła, że panikujemy. A sama miała strach w oczach. 
Roksana położyła się do mnie do łóżka. Pamiętam była 24. A to nadal huczało i to coraz mocniej. Grzmoty nadal nie odchodziły jak przy normalnej burzy, tylko ciągle huczały. Rolet nawet nie odsłaniałam a w pokoju było co chwilka jasno. 
Siostra dała mi tabletki na uspokojenie. Sama wcześniej wzięłam jakieś, bo miałam jeszcze z czasów jak ta druga siostra się pocięła. 
Klęknęłam i dalej mówiłam pacierz. Roksana przytuliła się do mnie. Bała się strasznie. Po chwili obudził się Jaś. Dobrze, że Franek jeszcze spał. O dziwo, tego dnia jak zasnął o 20.00 tak spał cały czas bez budzenia się. Co chwilka sprawdzałam czy oddycha. Spojrzałam na zegarek było już przed 1 w nocy. A to dalej nie odchodzi, dalej huczy. Byłam przerażona. Bałam się że to dopiero początek, że za chwilkę stanie się coś złego, zerwie nam dach albo wyrwie ścianę z domu. Dosłownie. Ale po pół godzinki huki piorunów zaczęły jakby odchodzić dalej 
Ja poszłam na strych zobaczyć czy dach jest na domu, wcześniej nie miałam jakoś odwagi, bo bałam się, że go tam nie będzie. Ale był na szczęście. Za to kilka dziur w nim więcej, bo mamy stary dach z eternitu, do wymiany. Potem poszłam na dwór, zaświeciłam latarką i zobaczyłam tylko, że na podwórku pełno drzew i mój samochód pod nimi. Już więcej nie chciałam widzieć. Byłam tak zmęczona, zestresowana. Tabletki chyba zaczęły działać, bo zrobiło mi się dosłownie słabo. Położyłam się. Nie mogłam zasnąć a jak zasnęłam to przyśnił mi się jakiś koszmar. Obudziłam  się a zegarek wskazywał piątą. Wstałam. Ubrałam się. Dzieci spały. Poszłam zobaczyć na podwórko.
Usłyszałam skomlenie psa. Zapomniałam, że Rambo był uwiązany koło budy, koło stodoły. Na budzie wszystkie drzewa. Pomyślałam, że pewnie będę musiała go dobić, bo tak skomlał, jakby zdychał. Łzy nasunęły mi się do oczu. Co ten pies musiał przeżywać. Weszłam na kolanach pod te wszystkie drzewa, pod rozrzutnik i tam on był. Żył. Był zakręcony w gałęzie i skomlał tak ze strachu. Ucieszył się jak mnie zobaczył a jak go uwolniłam to pobiegł gdzieś w szoku i wrócił dopiero po pół godziny.Dwa pozostałe psy też nie przychodziły. Po długim wołaniu w końcu przyszły. Były też wystraszone i skakały na mnie z radości. Łzy mi leciały jak groch. To całe napięcie dopiero wtedy puściło. Zadzwoniłam do Mirka. On jechał do pracy. U nich nic nie było. Poszłam patrzeć do lasu, na pola, do ogrodu. Wszędzie latały pszczoły, bo poprzewracało ule mojego brata.
A oto co narobiło w lesie, na polu, na podwórku. 





Taką wyrwę nam zrobiło na polu- ma około 3 m głębokości


Gryka leży- deszcz i grad swoje zrobiły. 

Tutaj drzewa jedno obok drugiego- jak wycięliśmy te powalone to zostało kilka drzew

Droga przez nasz las zawalona  cała drzewami


 
Z drugiej strony elektrycy i straż zrobili przejazd 

Ten las ma około 70 lat i runął w kilka chwil. 
Miał być zabezpieczeniem w razie "W" a teraz będzie sprzedany za pół darmo. 
Poniżej już drugi las, który sadził mój tata-ma około 40 lat- tam zniszczenia dużo większe.







Co do obiecanek państwa w Telewizji- nie dostałam jeszcze żadnych pieniędzy. Dokumentów musiałam składać dużo, bo i zdjęcia i akty własności, jakieś wnioski. Były u nas 3 komisje. Dwie w momencie gdy już naprawiliśmy dach. I pan stwierdził, że właściwie to nie ma żadnych zniszczeń. Jak dach naprawiony - to na pewno.
Nie otrzymałam żadnej informacji co gdzie i jak składać. Tyle co w Tv mama obejrzała. Nikt, ani sołtys czy kto inny o niczym nie informował. Każdy sobie działał i nikomu nie mówił. Wiem, że wiele osób nie zdążyło złożyć wniosków, bo byli zajęci ratowaniem dobytków, domów a nie lataniem po urzędach. Jeśli chodzi o tą pomoc jednorazową co miała być wypłacana bezzwrotnie nie słyszałam,  żeby ktoś dostał. Ja składałam wniosek tylko o pomoc z Gminnego Ośrodka Pomocy. Stąd te trzy komisje. Ale jeszcze nie wiem nic. Jak dostanę jakąś decyzję dam Wam znać.
Co do drzewa cena już dwa dni po huraganie spadła o 60%. Teraz nawet nikt nie chce tego kupować, zważywszy na ogrom zniszczeń na Pomorzu. Dużo z tych drzew pójdzie na opał. Te które się nadają może jeszcze gdzieś sprzedamy a jak nie to potniemy na deski do domu i krokwie.
Pewnie zastanawiacie się dlaczego nazywam to zjawisko huraganem?
Uważam, że to był huragan. Po tym zajściu dużo szukałam w necie i na Youtubie. W Stanach takie zjawisko z wiatrem wiejącym do 165 km/h, deszczem ulewnym i grzmotami to huragan. 
Nie rozumiem dlaczego w Polsce nadal lekceważy się takie zjawiska, nie ostrzega o nich a potem pozostawia ludzi samym sobie.
Wiem, że to nie stany. Ale jak wiemy klimat się zmienia. Trąby powietrzne i huragany w Polsce to już nie rzadkość czy anomalia. To powoli będzie nasza rzeczywistość. Tak myślę. I trzeba z nią ewaluować a nie udawać, że "Polacy nic się nie stało" jak to mają w zwyczaju śpiewać kibice po przegranym meczu reprezentacji.

Moja frustracja już i tak bardzo opadła. Jakbym pisała tego posta na świeżo pewnie byłby on bardziej emocjonalny, bardziej naładowany negatywnie. Teraz już doszłam do siebie i powoli wracam na tory codzienności. Jednak lasy będziemy jeszcze długo sprzątać, odbudowywać.

Oby jak najmniej takich niespodzianek w przyszłości.

Ewa





czwartek, 14 września 2017

3 miesiące mnie tu nie było

Hej!
Jeszcze nie pojechaliśmy do Niemiec. Pewnie połowa z Was myśli, że mnie nie ma bo wyjechaliśmy. Otóż nie- nie wyjechaliśmy -jeszcze. M nie może ogarnąć remontu tego mieszkania dla nas- za dużo tam roboty- remont generalny- a na to potrzeba czasu.
W tym czasie jak mnie nie było na blogu dużo się w naszym życiu działo, bo to już prawie 3 miesiące się tutaj nie odzywałam.
Chciałam pisać- nie raz ale wieczorami jak siadam do komputera to jestem wykończona lub jeśli nie padam jeszcze na twarz to ogarniam inne sprawy, np. mycie naczyń, prasowanie, składanie prania, porządki w szafie.
Trochę się u nas pozmieniało, przeżyliśmy huragan- inni zwą to nawałnicą- ja nazywam huraganem, ale to dlaczego wyjaśnię Wam w osobnym poście poświęconym temu strasznemu zjawisku.
Niedawno, bo 6 września mój Franek skończył roczek, który dopiero w zeszłą niedzielę wyprawialiśmy, ale to zdarzenie również zasługuje na osobny post.
Kilka zmian w domu, w sensie wystroju. To też Wam pokażę.
Jedną częścią mnie chciałabym już być z Mirkiem. Ja wiem, że napiszecie, że naiwna jestem, że mu wybaczam i chcę z nim być. Jednak ja jestem jeszcze z tego pokolenia, gdzie są jeszcze wartości większe ważniejsze niż luksus, chęć posiadania, chęć kontroli, chęć życia bez skazy. Tak myślę, że rocznik 86 jakim ja jestem był jeszcze tym rocznikiem, który tak bardzo nie zachłysnął się życiem on-line, tylko żyje w realu. A  w realu często trudniej podejmuje się decyzje, które w świecie wirtualnym może wydają się oczywistością. Kiedyś na Facebooku widziałam taki mem, który teraz znalazłam na demotywatory.pl:

Także tyle u nas jak na razie. Obiecuję, że teraz już nie będę Was zostawiać na tak długo, mimo, że czasu brak. Do następnego.
Ewa

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Bielenda Fixer Mist


Hej! 
Dziś chciałam się z Wami podzielić opinią na temat tego fixera. Wytłumaczę co to, jakby ktoś nie wiedział. Fixer to taki spray utrwalający makijaż, czyli coś podobnego jak lakier do włosów, tylko, że do makijażu.
Kiedyś, a dokładnie 6 lat temu miałam taki produkt, tylko, że z firmy Kryolan (profesjonalnej firmy dla kosmetologów), który jest dość drogi. Utrwalałam sobie nim makijaż ślubny  a potem wiadomo zużyłam. Mimo opinii, że produkt zapycha pory mi nie zaszkodził w tym względzie.
Dlaczego kupiłam ponownie taki produkt? Otóż dlatego, że mam cerę mieszaną a mamy lato, przynajmniej to kalendarzowe, a mi w takie ciepłe i gorące dni makijaż spływa i wolę się nie malować niż czuć się niekomfortowo. Jednak  czasami chcemy wyglądać jak ludzie i się troszkę umalować. Ten produkt pomoże nam utrzymać makijaż na swoim miejscu, a co najważniejsze, przynajmniej dla mnie- czuć ten komfort. 
Wypróbowane nawet w najgorsze upały, podczas wizyty w zoo z dziećmi, gdzie byłam spocona jak nie powiem co. Natomiast makijaż po przyjeździe do domu ani drgnął. I jedną jeszcze zaletą, nawet myślę, że lepiej niż wspomniany wcześniej Kryolan jest to, że buzia nie jest ściągnięta. Czuć na niej taką jakby satynową, swoją drogą bardzo miłą w dotyku, powłokę. Natomiast produkt Kryolana ściągał skórę dość mocno, czego ja akurat nie lubię.
Także- dziewczyny, które mają problem ze świeceniem i spływaniem makijażu w upalne dni -lećcie śmiało do Rosmanna (tam ja kupiłam) lub poszukajcie w innych drogeriach. 
Jestem zadowolona, polecam i w przyszłym roku na pewno kupię ponownie. Myślę, że na ten rok cała buteleczka mi wystarczy, bo wystarczy dwa psiknięcia i gotowe!
Buziaki!

sobota, 17 czerwca 2017

Napad na Pepco ;-)

Hej!
Kochani jak ja dawno nie byłam na takich zakupach? Wiecie, nie tylko jedzenie w Biedrze i lans między regałami w Lidlu? ;-) Bo takie to u mnie tylko przez ostatnie dwa miesiące, a nawet i dłużej. A nie przepraszam, czasem jeszcze bywam w aptece, ostatnio dość często. Chociaż czy jakoś częściej chyba nie niż zwykle. Albo tylko ja mam wrażenie, że tylko moi synowie tyle chorują?
Czy wy też tak macie?
Ale wróćmy do meritum, zanim znowu rozpiszę się na jakiś temat, którego nie chciałam wcale poruszyć. Znajoma wysłała mi link do Pepco, bo Frankowi brakowało body. Te po Jasiu rozciągnięte niemiłosiernie, wiadomo to jest część garderoby, którą się najczęściej ubiera, więc no musi być zniszczona. Mówiłam jej o tym że jakby gdzieś tanio widziała niech mi daje znać. No i wysłała mi link do gazetki Pepco. Ja oczywiście- idę tylko po te body i Jasiu chciał płyn do baniek. Dobra- mam cel i wychodzimy. Ale oczywiście jak myślicie? Wyszłam z dużo większą zawartością torby. Piszę tego posta, aby i Was może zachęcić- a co idźcie i też wydajcie troszkę kasy! Dlaczego tylko ja musiałam zbiednieć o ponad 150 zł? No kto mi powie?
Takie lampiony- ten czarny za 29,90zł a biały za 49,90zł, świeczka biała-5,99 zł świeczka szara-7,99zł
Szkatułka za 14,99 zł.  Początkowo chciałam ją na moją biżuterię, ale mam dużo biżuterii, w sumie mam ją w pudełkach i już nie ma sensu zmieniać, ale znalazłam jej inne zastosowanie. Jest  idealna na moje kosmetyki kolorowe, które już się nie mieszczą w ich pudełku, mimo, że nie ma ich dużo. Przejrzę to co przedatowane wywalę i dzięki temu będą cały czas na oknie obok lustra, gotowe do użycia. Jednak wątpię, żebym dzięki temu się częściej malowała.



 Były jeszcze białe i czarne, ale w moim Pepco wszystkie były zniszczone. Nie wiem czy ludzie nie umieją oglądać czy co? Jak można zniszczyć eksponaty w sklepie, po drugie wydaje mi się, że powinny być zabrane i wystawione nowe egzemplarze.  Za tą cenę wzięłabym dwa i zawsze można dla nich znaleźć zastosowanie



Poduszek nigdy za dużo- poza świeczkami jestem też poduszkowym freakiem

Body i spodenki 14,99 zł
Kupiłam jeszcze 2 pary body za 9,99 zł / szt.

I na koniec pozytywnie, aby nastroić Was i siebie  dobrze na tą niedzielę - moje piwonie. Kocham i uwielbiam, zaraz za liliami.
A tutaj nasze ukochane już truskawki! Uwielbiam! Jaś też! Szkoda, że sezon trwa tak krótko

środa, 7 czerwca 2017

Adrenalina opadła a ja wpadłam w dołek

Hej!
Moja siostra wyszła ze szpitala. A ja dopiero powoli dochodzę do siebie po tym wszystkim. Jestem silnym człowiekiem -tak mi się  wydaje. Myślę też , że Pan Bóg stawia przed nami tylko takie sprawy z jakimi jesteśmy w stanie sobie poradzić. Czy to tylko moje naiwne tłumaczenie tych wszystkich moich kłopotów, nie tylko z siostrą.
Byłam ostatnio u lekarza rodzinnego i odstawiłam te tabletki, jakie mi przypisała na lęki (Cloranxen dokładnie) i dostałam receptę na takie zwykłe leki uspokajające, które mogę brać codziennie lub w razie jakbym czuła się źle. Na razie czuję się dobrze, psycholog uspokoiła mnie, że jeszcze nie mam żadnych objawów paranoi czy  innych niepokojących. Lęki jakie odczuwałam są spowodowane ciągłym stresem, brakiem bezpieczeństwa i realnymi zagrożeniami oraz obawami o dzieci. To normalne zachowanie każdego człowieka. Dużo osób z rodziny i znajomych też wmawiało mi, że skoro moja siostra ma schizofrenię ja też mogę na nią zapaść. Natomiast według mojej psycholog, nie musi tak być tylko dlatego, że te choroby są niby dziedziczne. Są badania, że są dziedziczne a są również badania, które mówią, że nie są. Zdaniem mojej psycholog są to bardziej uwarunkowania cech charakteru połączone z trudnymi przeżyciami jakie osoba doświadczyła i nie umiała sobie z nimi poradzić. I jak tak mi to tłumaczyła to powiem Wam, że w przypadku moich sióstr to by się zgadzało.  I nie piszę tu tego, żeby się jakoś tłumaczyć, bo nie wiem czy ja akurat też nie zachoruję na taką chorobę.
W momencie, gdy znalazłam moją siostrę w jej pokoju leżącą w tej krwi i bez jakiegokolwiek kontaktu, taką jakby nieobecną duchem adrenalina zadziałała tak mocno, że od razu zeszłam na dół i bez jakiegokolwiek stresu zadzwoniłam na pogotowie. Potem jak przyjechało już pogotowie też byłam bardzo opanowana i spokojna. Mój mąż jak wszedł do pokoju i zobaczył moją siostrę w tej krwi był bardziej zestresowany niż ja. Kazałam mu zejść na dół, bo tylko wprowadzał niepotrzebne zamieszanie. Ja z takim opanowaniem spakowałam siostrę, rozmawiałam z ratownikiem.
Nie pomyślałabym nigdy, że dopiero tydzień lub nawet dwa tygodnie później będę to tak odreagowywać, że potrzebne będą leki.
Teraz czekamy na wyjazd do M. On remontuje to mieszkanie dla nas, ale też robi to po godzinach i idzie to mu ślamazarnie, bo robi gruntowny remont. Mówi, że mam przyjechać teraz, żeby mu ewentualnie troszkę pomóc. Wiadomo jakbym mu przygotowała obiad i trochę pomogła chociaż sprzątać już byłoby szybciej. Teraz jeszcze nie pojadę, bo akurat mam truskawki i myślę, że pod koniec tygodnia już będą pierwsze a za tydzień to już będę pewnie zaprawiać.
Poza tym nie mogę się całe życie bać. I tak będą na pewno takie sytuacje, że będę musiała sama przyjechać tu do domu, np na jakieś rozprawy , te z bratem czy te związane z ubezwłasnowolnieniem siostry.
Swoją drogą do czego to dochodzi, że mamy takie prawo w Polsce, które tak na prawdę nie chroni zwykłych obywateli? Różni przestępcy okradają ludzi itp, wystarczy tylko, że znają granice prawa w jakich mogą działać. A taki przeciętny człowiek- musi się szarpać.

niedziela, 4 czerwca 2017

Najlepszy i najszczerszy prezent na Dzień Matki

Hej!
Nie mogłam tego nie uwiecznić. Takie małe rzeczy umykają nam najszybciej. Przejmujemy się pierdołami tak na prawdę zamiast skupić się na ważnych chwilach. Ja sobie pluję ostatnio w brodę, że tak mało rzeczy tutaj opisuję. Może i nie zapomnę niektórych ale na pewno moje dzieci nie będą ich pamiętać. Takich chwil jak te. Pierwszy prezent na Dzień Matki od mojego starszego synka. Wiadomo część wykonana przez panią w przedszkolu, jednak nie bez zaangażowania dzieciaczków


Jaś sam nakleił serduszko

Sam musiał nawlec serduszka na tą piękną bransoletkę!


A to najlepsze. Kto zgadnie co to? Otóż ja myślałam, że to mój skalniak na działce -patrząc bokiem. Natomiast syn zaraz sprowadził mnie na ziemię-mówiąc :"Mama no co ty? To przecież Ty!" 
Jak by ktoś nie zauważył- te kijki na żółtej głowie to moje włosy. Hehe! Ale łezka w oku się zakręciła!

Także celebrujmy te kruche chwile- są na prawdę kruche i są najważniejsze. 
A Wy co dostałyście w tym pięknym dniu?




wtorek, 30 maja 2017

Pomóż i ty! To nic nie kosztuje - DKMS

Hej!
Kilka tygodni temu zobaczyłam u mojej koleżanki ze studiów na profilu facebookowym, że zarejestrowała się jako potencjalny dawca szpiku kostnego w fundacji DKMS. I powiem Wam już kiedyś zaintrygowała mnie ta akcja, nie wiem jak pamiętacie było chyba głośno w telewizji mieli jakoś spot. Potem to odeszło na bo i teraz znów i jak zobaczyłam to u Marty, postanowiłam , że albo teraz albo nigdy. I zrobiłam to. Zamówiłam pakiet rejestracyjny. Trzeba wypełnić druk ze swoimi danymi a potem pobrać wymaz dwoma patyczkami z wewnętrznej strony policzka dość usilnie naciskając i obracając go aby zebrać jak największą ilość wydzieliny do badania. Poczekać ze 4 minutki aż patyczki wyschną, włożyć do specjalnej koperty do patyczków, to do kolejnej koperty wraz z wypełnionym formularzem i gotowe.
Ja pobierałam wymaz przed pocztą, nie wiem czy to coś zmieni, ale wydaje mi się, że im świeższe dane dotrą do laboratorium tym lepiej.
Koperta zwrotna jest opłacona przez Fundację, ale można kupić swój znaczek. Najlepszą opcją wydaje mi się wysłanie poleconym priorytetem, co i ja zrobiłam. Wysłałam wczoraj a dziś w południe dostałam sms zwrotny od poczty, że mój list dotarł.
Jak wygląda pobranie szpiku? 
1. Z  krwi obwodowej- przez 4 dni podają wam czynnik wzrostu G-CSF, aby zwiększyć ilość komórek macierzystych w krwi obwodowej. Potem podłączają do aparatu. Z jednej ręki krew wypływa i zostaje z niej oddzielona tylko ta część potrzebna do przeszczepu a reszta wraca drugą stroną do organizmu. Efekt uboczny jaki może wystąpić to objawy grypo podobne.
2. Z talerza kości biodrowej- to już znacznie gorsze, tak mi się przynajmniej wydaje, bo pod narkozą pobiera się z talerza kości biodrowej (to nie jest rdzeń kręgowy)ok 1 litra płynu krwi i szpiku kostnego. Z tego oddziela się to czego biorca potrzebuje. Szpik ten regeneruje się w naszym organizmie po ok 2 tygodniach. No i wiadomo po narkozie trzeba zostać w szpitalu. Nie każdy też znosi narkozę dobrze. Tu efektem ubocznym może być uczucie bólu w miejscu pobrania lub uczucie podobne do stłuczenia.

Każde badanie -również to moje - zbadanie czy mogę być dawcą kosztuje 180 zł, które jest pokrywane z pieniędzy DKMS, więc jeśli można wesprzeć tą fundację to można przelać na ich konto środki lub też zaznaczyć podczas oddawania 1%  aby nasz zwrot podatku trafił na ich konto.


https://www.dkms.pl/pl




Ja się zarejestrowałam-pomóż i ty. To nic nie kosztuje-masz to w genach! Także kochani zachęcam! Tyle zła się dzieje na świecie- dobro jest też potrzebne- szkoda, że tak mało się o tym mówi w telewizji czy w internecie- tylko ciągle same złe wiadomości. Dajcie znać czy się zarejestrowaliście. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba dzięki temu postowi to uczyni.

czwartek, 25 maja 2017

Zdrada

Hej!
Temat tego posta ciągnie się za mną już ponad rok.
Otóż porozmawiajmy o zdradzie.
Za dwa dni moja rocznica ślubu-już szósta. I to jeszcze bardziej boli.
Nie wiem czy mogę tak mówić na 100 % ale mam pewne podejrzenia i pewne fakty wskazują na to,że mój M. przed moim zajściem z drugą ciążę zdradzał mnie.
Skąd wiem?
Nie wiem. Pewności 100% nie mam. Ale coś się między nami psuło. Pewnej nocy gdy byłam już w ciąży coś podkusilo mnie, żeby przejrzeć jego telefon. I stało się. Były w nim sms- y do kogoś jednoznacznie mówiące że osoba pisząca chciała umówić się z kimś na seks za kasę.
Dziwka? Nie wiem.
Byłam załamana. To były sms- y z okresu lata 2015 kiedy to było między nami gorzej.
W grudniu zaszłam w ciążę a tego sms- a odkryłam jakoś w marcu.
Żałowałam wtedy,że dałam zrobić sobie drugie dziecko.
Powiedziałam M o wszystkim pokazalam,rzuciłam mu tym telefonem w twarz. Wyparł się. Wiadomo. Wtedy było między nami bardzo źle. W sumie dopiero teraz powoli się układa. Czy można to tak nazwać. Chyba nie. Już nigdy mu nie zaufam. Ciągle  przeglądam jego telefon, messenegera. A tam jakieś niejednoznaczne teksty z jego szefową, która namawia go na skorzystanie z usług panienek.
Kolejna kłótnia. Nie jedna. Ciągłe wypominanie. Potem znowu znalazłam że wchodził na stronki oferujące usługi w naszej okolicy. Kolejne kłótnie. On tłumaczy,że zagląda tylko,że nie szuka niczego i nikogo. Po co zagląda? Ja już i tak mam dość kompleksów. Teraz kolejne. Jestem gruba,brzydka, wiadomo nie stroje  się. A te zawsze ładnie ubrane, zgrabne, co z tego,że stu innych je miało.
Czy jak przyjechał do mnie najpierw nie był tam. Potem chce się kochać że mną. On się wypiera. To dlaczego mu nie wierzę?! Dlaczego moje serce stara się wybaczyć tłumaczy sobie,że to jednorazowy wybryk może był? A rozum mówi,że może nie. Dlaczego tak trudno jest mi a nie jemu?!
Moja motywacja w odchudzaniu dotyczy głównie tego. Ale są takie dni,że mówię sobie,że to nie że mną jest coś nie tak,tylko z nim. Ja zawsze bylam grubsza. Widział z kim bierze ślub. Dlaczego nie  wyszalal się przed ślubem albo po ale przynajmniej wtedy gdy nie mieliśmy dzieci? A może już wtedy to robił?
Te jego prezenty, wszystko całe zachowanie mówi mi,że to pewnie dlatego. Ma wyrzuty sumienia? A ja tak bardzo chciałabym wierzyć. A może to ja sobie wkrecam. Poradźcie.
Jak zapomnieć,jak to wymazać z pamięci. Udawać,że nic nie było. Że nie widziałam tego wszystkiego.
Sam fakt,ze zbierałam się w sobie z tym postem tyle czasu. Wstyd mi. Ale czy powinno. Kupiłam sobie teraz książkę profesora Lwa Starowicza. Może ona przybliży mi i pozwoli zrozumieć.
Czy to zdrada?
Co właściwie jest zdradą? Czy sms- y zaglądanie na stronki to zdrada? Jak sprawdzić czy zdradził? Czy warto?

niedziela, 21 maja 2017

No leżę i kwiczę

Hej!
Mam ostatnio zły czas. Dołek mnie dopadł i tyle. Ale obejrzałam ten film i nie mogłam tego nie napisać. Dziewczyny -obejrzyjcie. Ja nie wiem dlaczego wcześniej tego nie znalazłam. I od razu dzień staje się lepszy.

środa, 12 kwietnia 2017

Wizja wyjazdu

Hej!
Nie pisałam długo co u nas, ale ostatnio dość mocno zastanawiamy się nad naszym wyjazdem za granicę do Mirka. W sumie ja już podjęłam decyzję. Ciężko mi i ktoś może mówić, że mnie tu nic nie trzyma. Tu jest jednak mój dom i tutaj miałam swoje plany. Ostatnio już nawet powoli zaczęłam się do nich zabierać i tutaj nagle muszę zmienić decyzje i zastanawiać się nad wyjazdem.
A wszystko dlatego, że Ania bardzo źle reaguje na leki i zastrzyki. Leków pewnie nie bierze a zastrzyki słabo działają, bo mogą je jej dawać tylko co dwa tygodnie. Dostaje bardzo silne dawki a mimo to poprawa jest znikoma. Nadal ma różne myśli psychotyczne i samobójcze.
Zajęłam się ubezwłasnowolnieniem oraz umieszczeniem w Domu Pomocy Społecznej. Jednak ubezwłasnowolnienie może trwać dwa lata a czas oczekiwania na Dom Pomocy Społecznej wynosi rok i więcej. Najpóźniej w czerwcu jednak wypiszą ją ze szpitala i co wtedy?
Ze względu, że nie stać mnie na opłacenie Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, który kosztuje 1705 zł/ miesięcznie to ona musi gdzieś wrócić i albo wróci do domu albo pójdzie do siostry Danki, która sama choruje na schizofrenię i to ona namówiła Anię, aby nie brała leków i zastrzyków.
Jeśli wróci do domu ja chyba nie będę mogła spać ani minuty oraz ani minuty nie będę czuła spokoju. Ciągle w strachu, bo nie wiadomo co takiej osobie może strzelić do głowy. Jeśli wyślę ją do Danki to mogą się dwie u nas zjawić i próbować się mścić.
Więc jeśli nie chcę na to wszystko patrzeć i chcę ustrzec dzieci przed traumami muszę wyjechać. Poza tym mieszkam na wybudowaniu i jeszcze jak była Ania to jakoś było raźniej a teraz z dwójką małych dzieci i starą mamą też nie jest za wesoło.
W Niemczech też kasa z nieba nie spada i koszty utrzymania są wysokie. Poza tym dom w Polsce też trzeba będzie ogrzewać i powoli remontować no i mimo wszystko prowadzić gospodarstwo, żeby go nie zapuścić kompletnie.
M ma przyjechać na Święta to się dowiem czy ma dla nas tam mieszkanie.
Teraz już nic nie planuję, bo jak widać Bóg śmieje się z naszych planów.








wtorek, 11 kwietnia 2017

Semilac- porządna firma

Hej!
Jakiś czas temu chciałam napisać tego posta. Jednak jak zwykle albo brak czasu albo zmęczenie nie pozwalało mi na dokończenie go.
Około miesiąca temu zrobiłam kolejne (wiem, miałam nie kupować) zamówienie z Semilaca. Ale skoro mąż mój na dzień kobiet się nie pofatygował nawet po kwiatka. Poza tym niedawno miałam urodziny. Więc sama sobie taki prezent wyszykowałam.

Wyjęłam lampę i już chciałam robić i próbować te piękności a tu zonk!Lampa nie działa. A ja już przygotowałam paznokcie, nałożyłam bazę. Sprawdzam drugi raz. No niby działa. Ale przerywa. Tak zaczęła mi migać jakoś. No ale jakoś udało mi się dokończyć te paznokcie. Jednak trwało to 4 razy dłużej. No myślałam, że szału dostanę. A wiecie ja paznokcie robię rzadko. No stosunkowo rzadko tak. Chodzi o to, że nie robię tego zarobkowo, więc lampa nie jest zużyta. Byłam taka wkurzona. Kasy na nową akurat brak. A że miałam pewność, że no co taka lampa może się zepsuć to nawet paragon wywaliłam. Ale na szczęście w pudełku miałam kartę gwarancyjną. Postanowiłam napisać do Semilaca. I jakież było moje pozytywne zaskoczenie gdy dostałam informację aby odesłać lampę na ich koszt kurierem a oni zobaczą co tam się stało. Tak też zrobiłam. I po niecałym tygodniu dostałam paczkę od Semilaca. I może powiecie, że to głupie ale prawie się poryczałam.





 Ostatnio same przykre i nieprzyjemne rzeczy mnie spotykają więc taka mała niespodzianka mnie rozczuliła. Dostałam nową lampę oraz mały upominek. Jestem mega zadowolona. I tu nie chodzi o to,że dostałam nową lampę i piszę. Nie. Moje wcześniejsze podejście było takie, że byłam pewna, że firmy kosmetyczne traktują dobrze tylko "WIELKIE" blogerki lub vlogerki. Także polecam. I super, że coś się zmienia w handlu i już mamy troszkę inne podejście do klienta. Nie wiem jak wy ale ja w wielu sklepach czy salonach np z telefonami rzadko spotykam się z takim podejściem w momencie gdy coś reklamuję. Jak podpisuję umowę to wszystko pięknie ładnie a potem w razie reklamacji to lataj 10 razy czekaj kilka miesięcy albo lepiej wcale nie wysyłaj, bo jeszcze Ci każą za to zapłacić.
Też tak macie? Dajcie znać.





środa, 29 marca 2017

Samobójstwa w schizofrenii

Hej!
Ja działam ciągle w związku z tą moją siostrą. Praktycznie cały czas coś załatwiam. Do końca tygodnia muszę zgromadzić dokumenty potrzebne do ubezwłasnowolnienia. Z tym ubezwłasnowolnieniem to nie jest taka łatwa sprawa. Ubezwłasnowolnić może tylko osoba spokrewniona w linii prostej czyli rodzice, mąż czy dzieci. Moja siostra nie ma męża i dzieci więc pozostaje tylko mama. Mama ma 75 lat i ledwo sama chodzi.Jej podejście to inna para kaloszy. Jednak udało mi się ją przekonać i da pełnomocnictwa mojej prawniczce a ta w imieniu mamy zajmie się sprawą. Jeśli lekarz będzie miał dla mnie na piątek te dokumenty o które go prosiłam to w przyszłym tygodniu sprawa nabierze ciągu. Moja prawniczka wyśle pisma do Sądu. I kwestia tego ile czasu Sąd będzie się za to zabierał. Takie sprawy trwają od pół roku w najbardziej sprzyjających warunkach nawet do dwóch lat.
W tytule jest słowo "samobójstwa". A to stąd ponieważ w zeszłym tygodniu siostra próbowała się powiesić. W szpitalu. Ukradła komuś pasek od spodni.
I teraz lekarz prowadzący już nie twierdzi, że jej dobrem było by aby przebywała w domu. A jak wcześniej z nim rozmawiałam to twierdził, że najlepiej aby ona wróciła do domu i odwiedzała ją pielęgniarka co jakiś czas.
Teraz stwierdził, że jednak oszukuje. Im też nie bierze leków. Jedynie zastrzyki jeszcze pomagają. Ale choroba już tak daleko się posunęła, że on nie widzi innej opcji jak ubezwłasnowolnienie. A jak wcześniej z nim rozmawiałam to pewnie też myślał, że chcę się jej pozbyć tylko.
Jedno o czym chcę jeszcze napisać to podejście jej psychiatry, która leczy ją od kilku lat. Siostra nie przychodziła do niej od pół roku czy więcej i ona się niczym nie zainteresowała. Teraz natomiast nie chce nawet wystawić opinii o stanie siostry i spycha wszystko na szpital, twierdząc że Ania teraz jest w szpitalu a nie u niej. A lekarz ze szpitala wypisze opinię ze swoich obserwacji ale mówi, że ważniejszą była by opinia lekarza stałego. Jak wspomniałam o zaświadczeniu do ubezwłasnowolnienia to pani doktor aż się oburzyła i stwierdziła, że my wcale nie robimy tego dla jej dobra. A przepraszam co ona zrobiła dla jej dobra? Skoro chce się zabić to mam jej na to pozwolić. I może niech jeszcze zrobi krzywdę dzieciom. Żeby i oni musieli się leczyć z traumy. Dlaczego nie ruszyła tyłka i nie przyjechała, skoro twierdzi, że jest taka dobra.
Poza tym jakim prawem może osądzać stan osoby, którą widzi maksymalnie 15 minut na wizycie. Skoro Ania nieźle umie udawać w domu to i u niej się maskowała. Jej podejście mnie tak zdołowało, że hej. Ale jeśli nie wyda teraz tej opinii to Sąd ją może do tego zobowiązać. Może się też tak okazać, że jej opinia nie będzie nikogo obchodziła. Jeżeli trzeba będzie to ja złożę sama sprawę do Sądu przeciwko pani doktor szanownej o zaniechaniu, zaniedbaniu obowiązków. A jak coś się stanie to już na pewno jej tego nie daruję, o, nie!
Także tyle co u nas. Muszę myśleć pozytywnie i wierzyć, że się uda jakoś tą sprawę rozwiązać.
Trzymajcie kciuki.

czwartek, 23 marca 2017

Schizofrenia paranoidalna i jej ofiary

Hej!
Dziś byłam w Centrum Pomocy Rodzinie w moim Urzędzie Gminy.
I jestem załamana.
Wychodzi na to, że osoba chora psychicznie ma więcej praw niż ja i moje dzieci.
Moje prawo do spokoju i normalnego życia bez ciągłego strachu nikogo nie obchodzi.
Już Wam piszę czego się dowiedziałam, a co już pośrednio wiedziałam od psychiatry ze szpitala siostry oraz od psychiatry, która ją  do tej pory prowadziła.
Otóż

  1. Można takiej osobie po opuszczeniu szpitala załatwić  wizyty pielęgniarki środowiskowej. Pielęgniarka taka może przyjeżdżać kilka razy w tygodniu, niby na kilka godzin (tak już w to wierzę-przyjedzie da zastrzyk i pojedzie a wpisze sobie kilka godzin). A nawet jeśli byłoby to kilka godzin to chora osoba może nieźle udawać, zachowywać się wzorowo. A potem robić swoje. To tak jak z alkoholikami lub osobami znęcającymi się nad rodziną. Dlaczego jak dzieją się  jakieś tragedie wszyscy zawsze mówią:"Panie, jaka to była dobra osoba, nikt nic nie widział"
  2. Można poprosić o skierowanie takiej osoby do ZOL-u.(Zakład Opiekuńczo Medyczny). Specjalistycznych ZOL-i dla chorych psychicznie jest mało i są obładowane. To po pierwsze. Po drugie. Jeśli osoba nie chce iść sama trzeba wystąpić z wnioskiem do Sądu o ubezwłasnowolnienie. To też trwa. I właśnie często Sąd zasądza aby najpierw do takiej osoby jeździła pielęgniarka. Jeśli pielęgniarka nie zaobserwuje poprawy to dopiero wtedy Sąd ponownie rozpatrzy sprawę. Jeśli osoba zgłosi się sama do Zol jest łatwiej ale zawsze na własne żądanie może się wypisać w każdej chwili. Może być tak, że rodzina nie będzie świadoma i osoba wróci do domu.Do pobytów takich osób Gmina dopłaca. Jednak trzeba złożyć pełno dokumentów. Weryfikują czy rodzina nie jest w stanie dopłacać i czasami może być tak, że rodzina musi dopłacać.
  3. Można poprosić o skierowanie takiej osoby do Domu Opieki Społecznej. Tu osoba musi być ubezwłasnowolniona, najlepiej aby była ustabilizowana pod względem leków, bo tam nie ma lekarzy na stałe. Jeśli osoba nie będzie brała leków to i tak ją będą wysyłać do szpitala. Tam osoby umieszczone zostają już do końca życia. I sądy niechętnie wydają pozytywne opinie w tych sprawach. Muszą milion razy wszystko posprawdzać.Do tej formy również można starać się o dofinansowanie z Gminy. I tak samo będą sprawdzać rodzinę czy aby jej nie stać na finansowanie.
Jakby mnie było stać umieściłabym ją tam bez problemu. Zdrowie moich dzieci jest dla mnie najważniejsze.
Pani kierownik na Gminie wytłumaczyła mi również że ja nie mogę podchodzić do tego jako do problemu. Że niby nie mogę umieścić siostry w Zakładzie na stałe, bo ona ma takie same prawo do życia jak ja? Czyżby? To wychodzi na to, że Polskie prawo jest skonstruowane tak, że chroni oprawców.  I to nie po raz pierwszy.  W więzieniach siedzą za nasze pieniądze. Niech idą do pracy. Dlaczego nie wysyła ich się normalnie do Zakładów pracy lub nie tworzy specjalnie na te potrzeby. Mogliby zapracować na siebie. Chorzy w szpitalach muszą płacić za telewizję. Rodzice chorych dzieci muszą urządzać zbiórki aby pomóc dzieciom,które niczemu nie są winne. Często NFZ nie refunduje leczenia pewnych chorób, bo to się nie opłaca.
Jak ja mam do tego podchodzić? Dla mnie to jest problem. Nie można jeszcze mi wmawiać, że może będę miała wyrzuty sumienia, bo odbiorę jej wolność? A co ze mną? Moja wolność jest nic warta?
Spytałam się pani kierownik a co gdy ona zabije mi dziecko? Już o tym mówiła, miała zamiar? Mam to bagatelizować i winić chorobę? 
Czy ja już może jestem jakaś nie normalna. Ale coś tu jest nie tak. Może w końcu jakiś łaskawy poseł zająłby się również ochroną ofiar osób z takimi chorobami. A nie ciągłym przepychaniem się z innymi o stołki?!
Ją wezmą do szpitala? A my? Musimy sami sobie radzić? I pamiętajcie: trzeba jeszcze mieć poczucie winy, że chce się żyć normalnie. Taki dzisiejszy świat. 
Nie martwcie się. Ze mną już lepiej. Lekarstwa działają. To takie moje małe narzekanie. Może to mi coś pomoże.

wtorek, 21 marca 2017

Ile jeszcze?

Hej!
Zbierałam się do tego posta aż dwa tygodnie.
Wiem, długo mnie nie było. Ale jak już wiecie jak mnie nie ma to u nas się dzieje. Czasami lepiej czasami gorzej. Tym razem nie jest za wesoło. Dwa tygodnie temu, dokładnie 5 marca Jaś miał urodziny. A dzień później moja siostra Ania pocięła się.
Tak, tak pocięła. Ona choruje na schizofrenię paranoidalną. I od dłuższego czasu przestała brać lekarstwa. To znaczy ostatnio brała zastrzyki. Bo tabletek i tak by nie jadła. Ale gdy poczuła się trochę lepiej postanowiła, że nie będzie brać nawet tych zastrzyków. I efekty są jakie są.
Ja już od dłuższego czasu widziałam że coś się z nią dzieje i mówiłam jej wprost, że widzę, że nie bierze leków, gdy prosiłam o to aby pokazała mi pieczątkę od pielęgniarki, która daje jej zastrzyki stawała się agresywna i wmawiała mi, że to nie moja sprawa, że nie mam prawa jej rozkazywać. No i prawda jest taka, że nie miałam. Ale wiedziałam, że prędzej czy później choroba wygra.
Mówiłam niejednokrotnie o moich obawach mamie. Ale ona stwierdzała, że przecież jej nic nie jest i jak mówi, że bierze zastrzyki to bierze. Jeszcze w czwartek zawiozłam mamę do siostry, bo miała jakieś badania u swojego lekarza. I zostawiłam z Anią dzieci. Jaś nie szedł wtedy do przedszkola, bo był chory. Zawiozłam mamę i czym prędzej wróciłam do domu. I dobrze, że wróciłam. Bałam się bardzo. Nie wierzę jej i tyle. Jak przyjechałam to Jaś pisał szlaczki a Franio był w leżaczku. Ania mówiła,że nie wie dlaczego on ciągle płacze. A ja myślę, że dzieci wyczuwają intencje. Płakał bo się bał. Nie wiadomo co jej wtedy po głowie chodziło.
Gdy Jaś był malutki, miał jakieś 8 miesięcy, ja jeździłam do pracy i Ania z nim zostawała. I wtedy też nie brała leków. Jednak wtedy moja mama była w domu. A mimo to Ania powiedziała mi, że miała takie myśli, że jak Jaś płakał to chciała wziąć nóż i go pociąć. Wtedy ja zrezygnowałam z pracy. I tak dobrze, że mi o tym powiedziała. I chwała Bogu, że tym razem jej nic takiego nie przyszło do głowy. Chociaż może przyszło nie wiem. Więc wróciłam i jak widziałam jak Franio płacze zabierałam dzieci wszędzie ze sobą a jak chodziłam nakłaść na ogień do pieca zamykałam drzwi do pokoju na klucz.
W sobotę wieczorem Ania się zachowywała bardzo dziwnie. Chodziła w kółko z góry na dół. Była bardzo pobudzona. Nawet nie wiecie jak się bałam. A jeszcze o 12 w nocy musiałam jechać po M.
Z nim to też trzy światy. Pokłócił się w pracy z kolegą i szefową i wsiadł za kierownicę po alkoholu. Skończył na drzewie. Pół samochodu do remontu. A że chciał być na urodzinach Jasia to przyjechał bla-bla carem. W niedziele były te rzeczone urodziny Jasia. Już czwarte.





Gdy goście pojechali Ania przyszła do nas i powiedziała, czy zawiozę ją na pogotowie? Powiedziałam, że tak. I ja się ubrałam a ona przyszła, że jednak wytrzyma do rana, że to jest niedziela. Potem o 22 poszłam do niej i leżała na kanapie. Powiedziałam, że ma iść spać i rano z nią pojadę i spytałam czy się dobrze czuje. Mówiła, że tak, że wzięła leki.
A w nocy pocięła sobie twarz a dokładnie oczy, powieki i brwi.
Rano chodziła po mamy pokoju, modliła się. Potem poszła na górę do siebie. Myślałam, ze zaraz pewnie przyjdzie, żeby z nią jechać do lekarza. Nie przyszła. Ja poszłam do niej. I o mało zawału nie dostałam. Radio miała włączone na cały głośnik i leżała na łóżku cała we krwi. Mówiłam do niej, nie odezwała się. Pobiegłam na dół i zadzwoniłam na pogotowie. Zamknęłam drzwi do nas, bo nigdy nie wiadomo czy by nam nie przyszła czegoś zrobić. Przyjechało pogotowie i ona normalnie z nimi rozmawiała, wstała z łóżka. Zachowywała się jak każdy normalny człowiek. Zabrano ją do szpitala i tam ponoć znowu wpadła w psychozę, nie chciała dać się opatrzyć, chciała połknąć dowód osobisty i ogólnie była agresywna.
Prokurator musiał przyjechać i sądownie umieszczono ją w szpitalu.

Ja niby wtedy jakoś tego nie odczułam, ale podejrzewam, że wtedy moja adrenalina była na maksymalnym poziomie. M był jeszcze tydzień. Jak on pojechał to zaczęłam się bać. Nie wiem czego. Mam różne lęki. Dziś byłam u mojego lekarza i poprosiłam o lekarstwo. Lekarka dała mi jeszcze skierowanie do psychologa. Po tych lekach jest mi troszkę lepiej. Ale wiadomo musi minąć trochę czasu i muszę to wszystko jakoś przerobić w mojej głowie.

Także tyle co u nas. Nie wiem co będzie dalej? Boję się.

sobota, 25 lutego 2017

Pływak

Hej!
Nie wiem nawet kiedy minęły te cztery lata .  Za dobry tydzień Jaś kończy 4 lata, Franek pół roczku.
Gdyby nie dzieci nie zauważyła bym nawet jak ten czas ucieka. A tak mimo,że nieuchronnie ucieka to jednak daje nam coś wspaniałego.
Ja często  narzekam, ale jednak w chwilach refleksji stwierdzam,że dzieci to najlepsze co nam wyszło z M.  Może i  dostaję w kość nie raz, nie raz krzyknę, dam czasami klapsa w tyłek. Ale jednak warto. Warto patrzeć jak dzieci rosną,rozwijają się, odejdą niedługo z domu [oby :-) ].
Ale skąd te moje refleksje. Otóż wczoraj Jaś odbył pierwszą w swoim życiu lekcję pływania. Szło mu bardzo dobrze. A ja mało co nie poryczalam się siedząc na tej ławeczce. Jestem szczęśliwa,gdy moje dziecko jest szczęśliwe.
Pani  instruktorka powiedziała,że super,że Jasiu troszke się jeszcze boi w niektórych momentach,ale że to kwestia strachu. Musi oswoić się z wodą. Chodzimy z nim na basen od kiedy skończył roczek,a może nawet szybciej. Dokładnie nie pamiętam i szkoda,że tutaj tego nie zanotowałam.  Więc notuje jego pierwszą naukę. Zapisałam go na naukę nie dlatego,aby był jakimś wybitnym sportowcem( chociaż to tylko od niego zależy) ale głównie po to aby nauczył się pływać i dzięki temu ukształtował silny charakter. Wierzę, że każda dyscyplina sportu uczy wytrwałości, walki, dążenia do celu. A to w dzisiejszych czasach bardzo się przydaje. No i poza tym zawsze będzie mógł iść rozładować negatywne emocje w sporcie.


Oby moje założenia choć w połowie się spełniły. Jak Franek urośnie też będzie chodził na basen. A póki co czekam do lata żeby go zabrać jak już będzie umiał siedzieć. Mamy taki pływak dla  siedzących maluchów. I też będziemy oswajać go z wodą.

wtorek, 21 lutego 2017

Zadbać o siebie

Hej! Jest prawie 24. A ja dopiero tak na prawdę usiadłam i gdyby nie liczyć siedzenia w samochodzie gdy  zawoze Jasia do przedszkola to można śmiało powiedzieć, że cały dzień na nogach.
Już się powoli zastanawiam czy tylko ja tak mam czy jeszcze ktoś? Może wszyscy tak mają, tylko udają jakie to ich życie jest fascynujące. No nie wiem ale coraz bardziej mnie to zastanawia.
Jednak znowu zboczyłam z zamierzonego tematu. A jak. 
Chciałam Wam napisać o moich jesiennych rytuałach. Już od kilku lat tak mam,że jesień to okres kiedy przywiązuję większą wagę do swojej urody. To pewnie zasługa tych deszczowych dni albo co.
Jak co roku w tym roku również poddałam się zabiegom oczyszczania twarzy kwasami. Robiłam jeden zabieg w miesiącu. Kiedyś robiłam dwa albo trzy ale wtedy moja skóra to odcierpiała. Jednak regeneracja jest potrzebna. Po zabiegu dwa trzy dni schodzi nam naskórek z twarzy. U niektórych nie wygląda to za dobrze,ale ja mam cerę tłustą i nie reagowała ona jakoś źle. Spokojnie mogłam funkcjonować. Nikogo nie straszyłam. Jednak w kilka dni po zabiegu moja skóra miała takie zapotrzebowanie na nawilżenie, że pół kremu a nawet cały krem zużywałam w kilka dni. Miałam tych zabiegów kilka.
I przy mojej skórze może jakiś spektakularnych zmian nie widać. Mam bardzo rozszerzone pory,blizny po trądziku i wręcz dziury po ospie. Jednak po tych zabieach skóra jest jak pupa niemowlaka. I szkoda,że nie można tego robić cały rok. A nie można, bo skóra po kwasach nie  może być wystawiana na słońce.
W styczniu skończyłam kwasy i zrobiłam sobie kolejne zabiegi,ale tym razem to już takie " upiększające" i dość kosztowne,ale chyba najtańsze w mojej okolicy.
Mowa tutaj o makijażu permanentnym brwi. Moje brwi kiedyś były bardzo gęste i grube. Ale jako  małolata dość mocno je sobie wyrwałam i dorosłych ale trwało to kilka lat. Szkoda,że nie mam zdjęć z okresu kiedy miałam cieniutkie brwi. 
I jak już  odrosły to ich kształt nadal mnie nie zadowalał. No i te puste przestrzenie między włoskami zawsze musiałam uzupełniać żelem do brwi. Oczywiście nie robiłam tego codziennie a?e jak wykonywała makijaż to tak. I jak zobaczyłam, że istnieje ten zabieg wiedziałam że chcę go zrobić. Niestety długo go w moim mieście nie było, a w Gdańsku taka przyjemność kosztowała nawet 1000 zł. Jak dla mnie to o wiele za dużo. Aż w końcu w moim salonie ten zabieg się pojawił. Wahałam  się czy warto, czy będzie bolało itp. 
Jednak większość argumentów wskazywała za zrobieniem tego. I nie żałuję. Efekt prezentuje się następująco
Tak po pierwszym zabiegu. A miałam jeszcze drugi,który jest w cenie i służy temu aby móc poprawić ewentualne braki. Bo wiadomo skóra w trakcie puchnie i niektóre przestrzenie mogą się pokazać dopiero potem.
A tutaj efekt po drugim wygojonym już zabiegu. 
Sam zabieg jak dla mnie mało bolesny. Ale moja kosmetyczka twierdzi,że ja mam wysoki próg bólu, bo niejedna pani prosiła o przerwę podczas lub niejedna płakała a ja nic. Jednak trochę bólu w życiu zadbałam i nie był on najstraszniejszy. Poza tym przed smaruje się brwi i okolice maścią znieczulająca.

I skoro ten zabieg poszedł tak gładko to pomyślałam sobie aby iść za ciosem i zrobić sobie również permanentna kreskę na powiece. I dobrze,że najpierw zdecydowałam się na brwi, bo gdybym najpierw zrobiła kreskę to pewnie na brwi już bym nie poszła. Kreska na powiece bolała dużo bardziej, ale też jakoś do wytrzymania. No i  opuchnięcie oczu utrzymywało się kilka dni. To było chyba gorsze niż ból podczas zabiegu. Jednak teraz jestem zadowolona. A w piątek idę na poprawkę kreski na powiece i musimy ją troszkę wydłużyć i pogrubić. Miałam zdjęcie po kresce ale musiałam zrobić miejsce na karcie,żeby porobic zdjęcia na chrzcinach i usunęłam je. Ale zrobię wam w piątek i wrzuce jakby ktoś chciał widzieć to  zerknijcie wtedy.
Acha. Cena. Za kreskę 450 zł i za brwi 450 zł. Nie robilam tych zabiegów od razu  tylko z ponad miesięcznym odstępem, bo to wszystko musiało się wygoic. 
Wiele osób gdy się dowiedziało ile zaplacilam kręciło głowami. Ja nie zamierzam się nikomu tłumaczyć. Nie palę papierosów już ponad rok więc chyba to,że wydam raz na rok trochę kasy na siebie nie jest grzechem. I motywuje mnie bardziej, żeby już nie sięgnąć po papierosy.
Efekty tych makijaży permanentnych utrzymują się rok a nawet i dłużej. To zależy od tego jaką macie skórę. Ja mam tłustą więc myślę,że u mnie to będzie krócej. Ale jestem pewna że będę te zabiegi powtarzać. Teraz wystarczy tylko uzupełnianie. A to koszt 250 zł.
I żeby wkurzyć co niektórych w kolejnym miesiącu poszłam na jeszcze inny zabieg. Otóż na laserowe usuwanie owłosienia. 
Ja mam taki delikatny wąsik i włosy na brodzie. Z powodów chormonalnych prawdopodobnie. A ja znowu jako nastolatka zaczęłam te włoski wyrywać pinceta i nie zdawałam sobie sprawy z tego,że one odrosną dłuższe,mocniejsze i będzie ich więcej, bo z tymi które chciałam wyrwać często wyrwałam włoski obok. I tak wychodowalam ich sobie więcej.
Laser jest lekko bolesny, są to takie lekkie ukłucia jakby. U mnie już po pierwszym razie większość włosków wypadła. A!e zamierzam iść jeszcze dwa trzy razy. Zobaczymy jak te włoski znikną. Zabiegu też nie można wykonywać cały rok że względu na słońce. I przerwy muszą być DW miesięczne więc teraz mam wizytę w kwietniu a potem pewnie dopiero na jesień. Koszt takiego zabiegu na wąsik i brodę i kilka włosków z szyi to 200 zł.
Jeśli efekty będą super to może w przyszłym roku zdecyduje się na depilację nog lub pach i bikini. To już droższe zabiegi, ale zobaczymy. Ale przyznajcie jakie to wygodne. Już nigdy więcej golenia,zacinania się itp.
To tyle z mojego upiększania. Mam nadzieję, że zachęciłam kogoś z Was do zadbania o siebie. Jeśli macie jakieś pytania pytajcie śmiało. 
A może Wy polecicie mi jakieś zabiegi warte uwagi i pieniędzy. Buźka


piątek, 17 lutego 2017

Czas

Hej!
Co tam u Was! Ja tu zajęta swoimi zajętościami i patrzę a tu już prawie kolejny miesiąc minął od czasu gdy tutaj pisałam. Jak ten czas leci. U nas od tego czasu zdążyliśmy zaliczyć Dzień Babci i Dziadka, potem chrzciny Franka, Walentynki.
Masakra. Mój młodszy synek zaraz skończy pół roku.
12 lutego mieliśmy imprezę w domu. Chrzciny . M o dziwo przyjechał na czas a nawet szybciej i o dziwo był z nami aż sześć dni.
Fajnie, bo te dłuższe pobyty nas tak nie stresują. Można pobyć razem. A jak przyjeżdżał na weekend to ledwo przyjechał a już musiał wracać.
I mimo,że ogólnie się cieszę to wiadomo i tak dochodzi między nami do zgrzytów.
Pokłócilismy się dwa razy.
Ciągną się za nami pewne sprawy niewyjaśnione,które będą się chyba ciągnęły całe życie. M nie widzi problemu. Jak zwykle uważa że wyolbrzymiam. Standard.
Chociaż w Walentynki było miło. Dzieci podrzuciclismy do teściowej i pojechaliśmy do kina na " Ciemniejszą Stronę Greya ". Super film. Mimo,że nie byliśmy w kinie na " 50 twarzach Greya" to i tak wiadomo było o co chodzi. M się też podobał, bo wiadomo jak to facet. Sporo golizny. A faceci to lubią.
Potem poszliśmy na kolację do naszej ulubionej Słupskiej restauracji.
Wróciliśmy do domu około 23 ale było fajnie. Oboje już chyba zapomnieliśmy jak to było kiedyś jak często wychodziliśmy lub gdzieś razem jeździliśmy.
Ja postanowiłam sobie,że trochę wyluzuje. Będę mówiła mu czego chcę, czego potrzebuję, co ma robić. Z komunikacją między nami ostatnio było nie za dobrze.
Mam nadzieję,że to pomoże troszkę polepszyć naszą relację. Odświeżyć ją.
Ja skupilam  się na dzieciach, on na pracy. A gdzie w tym wszystkim my.



czwartek, 19 stycznia 2017

Ściana mocy, Command

Hej!
Wczoraj w przypływie szału na mojego zamkniętego męża zezarlam  całą czekoladę. O 12 w nocy! Także bez komentarza. Łatwo nie jest. I coraz częściej dochodzi do mojego małego móżdżku myśl, że wpieprzam te śmieci tylko żeby sobie poprawić humor, bo już nawet, mając z tyłu głowy myśl z wyrzutem sumienia, nie smakują mi te czekolady czy inne słodycze tak jak kiedyś.
Po drugie wyrzuty sumienia są tak duże, że jednak wolę chyba nie jeść. Po tej jednej czekoladzie obarczone wyrzutami sumienia przytyje ze 20 kg od razu.
Jednak mocniejsze i bardziej przyjemnie jest uczucie gdy cały dzień udało mi się przetrzymać bez słodyczy i gdy waga pokazuje chociaż 200 g mniej.
Ale nie o tym dziś.
Pochyliła się dalej nad książką pani Agnieszki Maciąg " Pełnią życia ". Jakoś w Święta ją  odłożyłam. I ona tam piszę o takich miejscach mocy. Oltarzykach. Mogą być one stworzone z różnych przedmiotów,które nam się dobrze kojarzą. Niektórzy robią dosłownie oltarzyki z figurkami świętych. Jeszcze inni mandale.
Ja jeszcze przed remontem zakupiła w Pepco różne obrazki. I leżały na górze (strychu) czekając odpowiedniego momentu. Miały zawisnąć dopiero,gdy kupię kanapę. Ale kanapy takiej brak. Trzeba robić na zamówienie, bo ściana za wąska na takie sklepowe. I obrazki te czekalyby jeszcze pewnie długo. Nie wiem kiedy zamówię tą kanapę. Jednak dziś stwierdziłam,że to jest ten moment. To będzie moja ściana mocy. Za każdym razem jak spojrze na te napisy będę nabierać siły.
Montowalam je na plastry montażowe Command i lipa. Te plastry nie są niczego warte. A kosztują nie mało. Kurde zaplacilam za nie więcej jak za te obrazki. Na palilam się na samodzielność i mam. Kurde trzeba było lepiej prosić chłopa! O nie! Co to, to nie! Na razie wkurw na niego sięga zenitu.
No więc te plastry do bani. Jednak zakupiła jeszcze z tej firmy haczyki do wieszania świeczek. Miałam ambitny plan wykonania choinki ze świeczek w naszej sypialni. Co spełzło na niczym i dobrze. Bo teraz nie miałabym na czym powiesić moich motywatorow. No i te haczyki są super. Przeźroczyste, dobrze się utrzymują,są malutkie. No i dużo. W paczce za ok 18 zł jest ich 24 szt. Na pewno dokupię więcej, bo marzą mi się cotton Balls na ścianie.
Moja ściana mocy prezentuje się tak. Wiem, pewnie krzywo.




Te trzy czarne kupiłam w Pepco po 9,90 zł i widziałam pełno tego jest. Ten w srebrnej ramce za 3,49 zł a ten malutki z napisem " Smile more" za całe 2,99 zł. Natomiast te drewniane zawieszki są z Netto i nie pamiętam ile kosztowały, ale też grosze. 
Najbardziej przemawia do mnie napis : "  If you can dream  it you can do it ". " Smile more"- bo tego mi zdecydowanie brakuje. " You're somebody's reason to smile " - no mam jednak nadzieję, że jeszcze dla kogoś jestem ważna. Dla moich dzieci na pewno. 
Na ten chaczyk zmieniłam także stroik na drzwiach na takie serduszko z Netto


Także tak. Pewnie z czasem jeszcze coś tu dokupię. Mam w planach zrobić sama jakież napisy z moimi ulubionymi sentencjami. I albo dowiesze albo zamienię. 
Mam pełno motywujących sentencji. Tylko muszę je sobie przetłumaczyć na angielski, żeby nie każdy wiedział co tam się skrywa głęboko w mojej duszy i moich pragnieniach.
A wy? Macie swoje ściany mocy? Tudzież miejsca gdzie  wieszacie swoje motywatory. Swoją drogą powinnam powiesić swoje tłuste zdjęcie na lodówce i na szafce że słodyczami. Może by pomogło. Nie tylko pewnie mnie. Na  batonikach powinni umieszczać zdjęcia tlusciochow. Zaraz by się odechciewalo jeść! 

Jakby ktoś się czepiał zacieków na ścianie. Tak wiem. Ale wybaczcie. Ta ściana przed remontem zaciekła wodą, która nie odplywala z rynny. A poza tym blisko tej ściany na zewnątrz stała  wysoka jak dom czereśnia i to była cała przyczyna. Woda podczas ulew zlatywala nawet po liściach opierających się o dom. Na jesień liście te zapychaly rynnę i tyle.


Tak to wyglądało przed i w trakcie remontu
I jeśli zachczylismy już o remont pokazalabym Wam,ale są jeszcze pewne małe niedoróbki. Jedną  ścianę trzeba wycekolowac, bo pękła podczas wymiany drzwi, przy drugich drzwiach trochę odpadło. No i po samym kładzeniu podłogi i cekolowaniu trzeba w niektórych miejscach pomalować od nowa, bo się wybrudzilo. No i nie mam jeszcze kanały, telewizora, mebli do części RTV. 
Jedyne co się już chyba nie zmieni to okno
To mogę Wam pokazać