piątek, 30 stycznia 2015
I love it!
Tak jakoś dzisiaj mnie wzięło. Już dawno słyszałam tę piosenkę i jakoś tak mi wpadła w ucho, że słucham non stop. Już umiem na pamięć. A wam jak się podoba?
środa, 28 stycznia 2015
Liczi i liczę
Hej!
U nas dalej stan kataralno-grypowy. Na szczęście u Jaśka bez gorączki, jak na razie. Nie byłam z nim u lekarza, bo znów mnie ochrzani, że w poczekalni Jaś złapie więcej chorób. I że z katarem nie mam przychodzić. Jednak nie wiem. Boję się na własną rękę go leczyć. Psikam solą morską, odciągam Fridą,potem Nasivin Soft i inhalacje solą fizjologiczną. Może minie. Jak nie minie do piątku to idę z nim do lekarza. Bo Jaś jednak się męczy. Oddycha buzią. A sama wiem, że to nie jest fajne a co dopiero dla dziecka.
Ja zamiast zwolnienia wzięłam Vicks- bo wiecie-mamy nie biorą zwolnienia!
I jakoś się męczymy oboje. Do tego mam te dni. Więc rozdrażnienie u mnie sięga zenitu. M. obrywa za wszystko co się da. A niech też cierpi. A co! Dlaczego tylko my musimy się męczyć w te dni. No i w przypływie agresji rzuciłam się na ciastka-jakieś tam miałam w szafce- niby miały być "na gości". Ale wiecie-każda wymówka dobra. Jednak nie mam wyrzutów sumienia. Chyba lepiej zjeść ciacho niż rozwalić chatę?! No a jak emocje opadły to dalej jem zdrowo.
Kupiłam sobie liczi. Nigdy tego nie jadłam, a że teraz szukam nowych smaków, alternatyw dla słodkiego to owoce idą w ruch. I że sam w sobie ten owoc jest ok ale jakoś nie wchodził to postanowiłam dodać do smoothie. Dałam banana, 7 liczi i kefir. Blender i śniadanie gotowe. I chyba teraz to liczi będzie u lke częstym gościem. Te 7 sztuk to tylko 52 kcal. A jakie słodkie i jakie pyszne. Może na przyszłość dodam jeszcze do tego szpinaku. Dziś nie miałam akurat. No mega. Jedliście ten dziwny swoją drogą owoc?
Także polecam!
Druga sprawa jaka mnie nurtuje dotyczy mojego liczenia kalorii. Muszę je liczyć, bo jak nie liczę to się rozpuszczam i zjadłabym pół lodówki. A te liczby to mnie jednak trzymają. Mam nadzieję, że kiedyś będę już znała kaloryczność każdego posiłku tak mniej więcej. I co do tego liczenia doczytałam gdzieś, że jest wzór według którego można obliczyć swoje zapotrzebowanie kaloryczne. Moje na dzień dzisiejszy wynosi 1940 kcal więc dość sporo. Bardzo prosto jest sobie to zapotrzebowanie obliczyć. W necie wiele wzorów. Więc ja od dziś staram się go nie przekraczać. Zobaczymy co z tego będzie. Oczywiście na pewno będą takie dni słabości. Ale chyba każdy je ma i nie ma się co zadręczać.
I Marta dzięki za polecenie bloga http://qchenne-inspiracje.blogspot.com/ - no jestem zakochana! Czytam i przestać nie mogę. Znalazłam też na Youtubie przez przypadek fajną dziewczynę, która dzieli się swoimi przepisami we vlogach. Na początku wydała mi się jakimś dziwolągiem. Pustakiem. Ale teraz ją oglądam z otwartą buzią. Jest dla mnie inspiracją. Schudła jakieś 20 kg. I to jej podejście do zmiany trybu życia jest mi bliskie. Looknijcie! A ja pędzę ćwiczyć i spać!
U nas dalej stan kataralno-grypowy. Na szczęście u Jaśka bez gorączki, jak na razie. Nie byłam z nim u lekarza, bo znów mnie ochrzani, że w poczekalni Jaś złapie więcej chorób. I że z katarem nie mam przychodzić. Jednak nie wiem. Boję się na własną rękę go leczyć. Psikam solą morską, odciągam Fridą,potem Nasivin Soft i inhalacje solą fizjologiczną. Może minie. Jak nie minie do piątku to idę z nim do lekarza. Bo Jaś jednak się męczy. Oddycha buzią. A sama wiem, że to nie jest fajne a co dopiero dla dziecka.
Ja zamiast zwolnienia wzięłam Vicks- bo wiecie-mamy nie biorą zwolnienia!
I jakoś się męczymy oboje. Do tego mam te dni. Więc rozdrażnienie u mnie sięga zenitu. M. obrywa za wszystko co się da. A niech też cierpi. A co! Dlaczego tylko my musimy się męczyć w te dni. No i w przypływie agresji rzuciłam się na ciastka-jakieś tam miałam w szafce- niby miały być "na gości". Ale wiecie-każda wymówka dobra. Jednak nie mam wyrzutów sumienia. Chyba lepiej zjeść ciacho niż rozwalić chatę?! No a jak emocje opadły to dalej jem zdrowo.
Kupiłam sobie liczi. Nigdy tego nie jadłam, a że teraz szukam nowych smaków, alternatyw dla słodkiego to owoce idą w ruch. I że sam w sobie ten owoc jest ok ale jakoś nie wchodził to postanowiłam dodać do smoothie. Dałam banana, 7 liczi i kefir. Blender i śniadanie gotowe. I chyba teraz to liczi będzie u lke częstym gościem. Te 7 sztuk to tylko 52 kcal. A jakie słodkie i jakie pyszne. Może na przyszłość dodam jeszcze do tego szpinaku. Dziś nie miałam akurat. No mega. Jedliście ten dziwny swoją drogą owoc?
Także polecam!
Druga sprawa jaka mnie nurtuje dotyczy mojego liczenia kalorii. Muszę je liczyć, bo jak nie liczę to się rozpuszczam i zjadłabym pół lodówki. A te liczby to mnie jednak trzymają. Mam nadzieję, że kiedyś będę już znała kaloryczność każdego posiłku tak mniej więcej. I co do tego liczenia doczytałam gdzieś, że jest wzór według którego można obliczyć swoje zapotrzebowanie kaloryczne. Moje na dzień dzisiejszy wynosi 1940 kcal więc dość sporo. Bardzo prosto jest sobie to zapotrzebowanie obliczyć. W necie wiele wzorów. Więc ja od dziś staram się go nie przekraczać. Zobaczymy co z tego będzie. Oczywiście na pewno będą takie dni słabości. Ale chyba każdy je ma i nie ma się co zadręczać.
I Marta dzięki za polecenie bloga http://qchenne-inspiracje.blogspot.com/ - no jestem zakochana! Czytam i przestać nie mogę. Znalazłam też na Youtubie przez przypadek fajną dziewczynę, która dzieli się swoimi przepisami we vlogach. Na początku wydała mi się jakimś dziwolągiem. Pustakiem. Ale teraz ją oglądam z otwartą buzią. Jest dla mnie inspiracją. Schudła jakieś 20 kg. I to jej podejście do zmiany trybu życia jest mi bliskie. Looknijcie! A ja pędzę ćwiczyć i spać!
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Małe radości i smutki oraz Apart -nigdy więcej
Hej!
Pierwsza rzecz jaka mnie bulwersuje i muszę się z Wami podzielić to Apart. Byliśmy wczoraj z M. i chciałam wymienić te kolczyki, co dostałam na Święta. Pani powiedziała, że owszem, proszę sobie coś wyszukać. Znalazłam bransoletkę w tej samej cenie. I już się cieszyłam. A tu pani powiedziała, że niestety minęło 30 dni i nie wymieni. Ja się troszkę zbulwersowałam i widząc, że są tam klienci zaczęłam głośno wyrażać swoją opinię. No to okazało się, że jednak jest jeszcze opcja, że pani może zadzwonić do centrali i spytać o możliwość wymiany. Ale wtedy musiałabym poczekać z jakiś tydzień. No ok. No i w końcu jak pani wzięła kolczyki, paragon to powiedziała, że metka jest zdjęta i nie może wymienić. Bardzo jej przykro. Ja wzięłam to odwróciłam się i wyszłam bez słowa. Jak wróciliśmy do domu to postanowiłam poczytać na forach i co do Apartu okazało się, że oni nie mają ani serwisu ani reklamacji. No niby mają ale jak coś się zepsuje to trzeba sobie radzić. Nawet jak się zepsuje coś za kilka tysięcy zł. Więc powiedziałam M że nigdy więcej nic z Apartu. Bo nie dość że drogo to takie traktowanie. Jakbym wiedziała to bym założyła metkę i tyle. Poza tym na metce babka zamazała cenę jak M to kupował i podejrzewam, że po wymianie i tak by założyli nową z ceną. Ale po co komuś wymieniać? Ale jestem wściekła. A jak przychodzicie kupować to są mili że hej!
Druga sprawa to smutek mały. Bo Jaś ma katar. Pochwaliłam się u Marty, że nie choruje i masz dwa dni później katar. Kiedyś Jaś nie szarpał się jak mu odciągałam Fridą a teraz to się drze wniebogłosy.
Z radości to fakt, że ubrałam wczoraj spodnie, które jeszcze niedawno były mi bardzo obciśnięte. I ledwo wchodziły. A wczoraj weszły. Co prawda nie są luźne bardzo ale jednak. Jestem szczęśliwa. I to dało mi motywację do dalszego działania. Widocznie ćwiczenia z Mel B dają efekty. I mimo, że ostatnie dwa tygodnie nie ćwiczyłam. Teraz będę ćwiczyć codziennie. Nie ma mocnych, że nie. Kupiłam sobie ostatnio w Biedronce skakankę- była przeceniona na 10 zł i poza Mel B. trochę ćwiczę na skakance. W pokoju to nie łatwe ale czekam wiosny i będę na dworze. Muszę jeszcze naprawić rower. Skoro nie mam kasy na basen muszę sobie tak radzić. Zmiana nawyków żywieniowych nadal w trakcie i mam nadzieję, że po jakimś czasie wejdzie mi to w rutynę. Oczywiście byłoby łatwiej gdyby M jadł to co ja. Ale on musi mieć konkretny obiad i nie rozumie, że warzywami i gotowanym na parze naje się więcej jak jakimś tłustym żarciem.
Wczoraj byliśmy u znajomych na urodzinach i nie mieli nic zdrowego i mało kalorycznego do jedzenia. Jednak zjadłam małe porcje i nawet kawałek cista i myślę, że nawet gdy w niedzielę zjem coś nadprogramowego to nic wielkiego się nie stanie.
Pierwsza rzecz jaka mnie bulwersuje i muszę się z Wami podzielić to Apart. Byliśmy wczoraj z M. i chciałam wymienić te kolczyki, co dostałam na Święta. Pani powiedziała, że owszem, proszę sobie coś wyszukać. Znalazłam bransoletkę w tej samej cenie. I już się cieszyłam. A tu pani powiedziała, że niestety minęło 30 dni i nie wymieni. Ja się troszkę zbulwersowałam i widząc, że są tam klienci zaczęłam głośno wyrażać swoją opinię. No to okazało się, że jednak jest jeszcze opcja, że pani może zadzwonić do centrali i spytać o możliwość wymiany. Ale wtedy musiałabym poczekać z jakiś tydzień. No ok. No i w końcu jak pani wzięła kolczyki, paragon to powiedziała, że metka jest zdjęta i nie może wymienić. Bardzo jej przykro. Ja wzięłam to odwróciłam się i wyszłam bez słowa. Jak wróciliśmy do domu to postanowiłam poczytać na forach i co do Apartu okazało się, że oni nie mają ani serwisu ani reklamacji. No niby mają ale jak coś się zepsuje to trzeba sobie radzić. Nawet jak się zepsuje coś za kilka tysięcy zł. Więc powiedziałam M że nigdy więcej nic z Apartu. Bo nie dość że drogo to takie traktowanie. Jakbym wiedziała to bym założyła metkę i tyle. Poza tym na metce babka zamazała cenę jak M to kupował i podejrzewam, że po wymianie i tak by założyli nową z ceną. Ale po co komuś wymieniać? Ale jestem wściekła. A jak przychodzicie kupować to są mili że hej!
Druga sprawa to smutek mały. Bo Jaś ma katar. Pochwaliłam się u Marty, że nie choruje i masz dwa dni później katar. Kiedyś Jaś nie szarpał się jak mu odciągałam Fridą a teraz to się drze wniebogłosy.
Z radości to fakt, że ubrałam wczoraj spodnie, które jeszcze niedawno były mi bardzo obciśnięte. I ledwo wchodziły. A wczoraj weszły. Co prawda nie są luźne bardzo ale jednak. Jestem szczęśliwa. I to dało mi motywację do dalszego działania. Widocznie ćwiczenia z Mel B dają efekty. I mimo, że ostatnie dwa tygodnie nie ćwiczyłam. Teraz będę ćwiczyć codziennie. Nie ma mocnych, że nie. Kupiłam sobie ostatnio w Biedronce skakankę- była przeceniona na 10 zł i poza Mel B. trochę ćwiczę na skakance. W pokoju to nie łatwe ale czekam wiosny i będę na dworze. Muszę jeszcze naprawić rower. Skoro nie mam kasy na basen muszę sobie tak radzić. Zmiana nawyków żywieniowych nadal w trakcie i mam nadzieję, że po jakimś czasie wejdzie mi to w rutynę. Oczywiście byłoby łatwiej gdyby M jadł to co ja. Ale on musi mieć konkretny obiad i nie rozumie, że warzywami i gotowanym na parze naje się więcej jak jakimś tłustym żarciem.
Wczoraj byliśmy u znajomych na urodzinach i nie mieli nic zdrowego i mało kalorycznego do jedzenia. Jednak zjadłam małe porcje i nawet kawałek cista i myślę, że nawet gdy w niedzielę zjem coś nadprogramowego to nic wielkiego się nie stanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
