niedziela, 17 kwietnia 2016

Problemy ciążowe

Hej! Nie ma mnie tutaj ostatnio często, ale ta ciąża nie wpływa na to dobrze. No i wiadomo jest jeszcze Jaś. Ostatni czas nie był dla mnie w ogóle łaskawy. Przy zwożeniu drzewa miałam mały wypadek- wjechałam w drzewo i cały traktor pogięty. Dobrze, że tylko tak się skończyło. Drzewo w które walnęłam trzeba było ściąć. Sąsiad poratował mnie w tej opresji. No i na szczęście można było odpalić traktor. Ja się jakoś nie uderzyłam - uważałam na brzuch. Jeden dzień miałam traumę ale na drugi dzień dalej woziłam drzewo. Kilka dni bez rewelacji aż tu nagle jednego dnia podczas prac w ogródku poczułam, że mam problem z przełykaniem śliny. Dotknęłam i okazało się, że lewy węzeł chłonny powiększony. Wyglądałam jak świnka. Wystraszyłam się, ale że było już po 17 nie jechałam z tym do lekarza. A na pogotowie jakoś nie lubię jeździć- mam złe wspomnienia. No i kolejnego dnia od rana dzwoniłam do mojej rodzinnej pani doktor. I od 8 rano do 11 nic- nikt nie odebrał telefonu. Wkurzona pojechałam i dowiedziałam się, że i tak mnie nie przyjmą, bo już doktor ma pełno osób. Proszę przyjść jutro- no chyba, że pani bardzo chora to proszę czekać do 17- może doktor panią przyjmie! WTF? Wiadomo-pojechałam do domu. Następnego dnia węzły się już zmniejszyły. Doktor stwierdziła, że tak czasem bywa, że organizm zwalczał coś, a skoro się zmniejszyło to jest ok. I sama nie wiem i już się nie dowiem od czego to było. Nie minęło kilka dni i wczoraj z rana zaczęłam ogarniać pokój, potem zrobiłam sobie wodę z cytryną. Wypiłam. Zrobiłam śniadanie. I nie mogłam zjeść, bo zaczął mnie boleć żołądek. Po chwili poleciałam do ubikacji- zwymiotowałam wszystko. Żołądek bolał dalej. Wypiłam ciepłą herbatę- znów toaleta- w wiadomym celu. I tak mnie szarpało, że poczułam lekkie skurcze macicy. A że byłam głodna- starałam się zjeść cokolwiek- to ciągle to samo. W końcu wykończona ze skurczami i bólem żołądka położyłam się do łóżka. I za chwilkę znów leciałam do łazienki- tym razem-biegunka. kolejne godziny spędziłam na lataniu do kibelka. W końcu chciałam już dzwonić po pogotowie, czułam jak zaraz się przewrócę. Ale położyłam się i nawet zasnęłam na chwilkę. I to o dziwo pomogło. Potem zrobiłam sobie zupkę, taki kleik mleczny. I dopiero po tym się nic nie działo. Ania zajęła się Jasiem, ale on nie chciał nawet iść z nią na dwór. Bawił się koło mnie w pokoju. Kochany łobuz. Wieczór spędziliśmy w łóżku- oglądając bajki. Przyszedł deszcz i mimo, że poczułam się lepiej nawet nie wyszliśmy na dwór. Także takie przeboje z tą moją ciążą. Nie wiem jak zdołam wytrwać do tego 19 września? Byłam też u lekarza państwowo i nadal nie wiem co tam siedzi i mnie kopie. Lekarz twierdzi, że nie widać jąderek. Ale jeszcze mogą zstąpić do moszny. Także nadal czekam do kolejnej wizyty prywatnej, którą mam 27. No i wtedy nie odpuszczę już mojemu ginowi. Muszę już wiedzieć. I będę mu wiercić dziurę w brzuchu. Na działce nie robię za dużo. Najpierw chcę dokończyć wożenie tego drzewa z lasu. Kupiłam jednak kilka skalniaków.

piątek, 8 kwietnia 2016

30 lat minęło jak jeden dzień

Hej! I tym smutnym akcentem zaczynam dzisiejszy dzień. Dziś stuknęło mi dokładnie 30 lat. Bałam się tej daty okropnie i na prawdę ona mnie jakoś przygnębia. Z każdym rokiem zdaję sobie sprawę, że czas leci nieubłaganie i jakby z roku na rok coraz to szybciej. Chciałam robić jakieś podsumowania, co mi się udało a co nie. Ale jednak nie będę. Życie nauczyło mnie, że nie to jest ważne. Ważne, że niczego nie żałuję. Żadnych decyzji, tych dobrych i tych za które płacę do dziś. Nie! Jednego żałuję: żałuję, że za bardzo ufam i wierzę ludziom. Nie raz przez moją naiwność zostałam przeczołgana po ziemi. Jestem matką, żoną. Nie zawsze wychodzą mi te role tak jakbym chciała. Często nieudolnie. Ale jestem. Nie mam za sobą ani pewnie przed sobą żadnej świetlistej kariery. Bizneswoman zdecydowanie nie zostanę. Jak na razie wystarcza mi to co mam. Wiadomo- chciałabym wiele rzeczy, ale to są marzenia i chyba właśnie o to chodzi, żeby je realizować powoli. Bo co nam po marzeniach, które spełnią się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Będę starała się je zrealizować. Na tym chyba polega nasza droga przez życie. Mam ten swój kawałek na ziemi, czuję się tu bezpieczna, nie rzadko szczęśliwa. I ktoś z boku powie:" mieszka na zadupiu, z dwójką dzieci, bez pracy. Żałosne". Jednak dla mnie żałosne są osoby, które żyją z dnia na dzień, jak cyborgi. Tylko praca, dom, zakupy, kolejne wakacje zamiast dziecka. Bo warto mieć więcej. Ja nie żałuję i gówno komukolwiek do tego. Od dziś mam zamiar być jeszcze bardziej sobą, szczęśliwą na swoim zadupiu i albo ktoś mnie kocha albo nienawidzi. Jeśli ktoś chce. Jego wybór. A to moje dwa największe cudy! I jestem z nich dumna. Nie ważne kim zostaną. Ważne, że je mam.
Taki torcik z naleśników sama sobie zrobiłam. Nie szykuję żadnej imprezy. Wolę sobie sama kupić prezent. A tak tylko się narobię i jeszcze nie dostanę nic co bym chciała. Także jak będę przy kasie sama sobie zrobię prezent. Mam już wypatrzone sobie zestaw do paznokci Semilac.

sobota, 2 kwietnia 2016

ZIELONA SOWA

Hej! Jak Wam minęły Święta? Mi jakoś tak nijak. Nie poczułam nawet, że są Święta. M przyjechał w sobotę rano. Całą sobotę spał. Więc sama byłam zmuszona jechać na zakupy. Gdybym wiedziała, że znowu przyjdzie na sam koniec to pewnie zrobiłabym zakupy szybciej. Liczyłam na pomoc i znowu byłam zdana tylko na siebie. Ciasta kupiłam, nie jakoś dużo, tylko dla nas. Zrobiłam dwie sałatki i tyle. Niedzielę spędziliśmy u teściowej na obiedzie i potem pojechaliśmy z Jaśkiem na plac zabaw. Poniedziałek spędziliśmy razem w domu. Po obiedzie jechaliśmy również na plac zabaw i potem na basen. Jaś był tak umęczony, że jak zasnął w samochodzie ok 18 to nawet jak go ubierałam w piżamki nie przebudził się ani na chwilkę. Spał do następnego dnia. We wtorek miałam endokrynologa a w środę ginekologa. U endo badania ok, dalej tylko mam brać taką samą dawkę tabletek. No i kontrolować badania co miesiąc. Jakby coś było nie tak to od razu mam przyjeżdżać. W środę myślałam, że dowiem się kto to tam we mnie rośnie. Ale niestety. Lekarz jeszcze nie chciał mówić, bo nie jest pewien. Pępowina akurat zasłaniała to miejsce. No trudno. Muszę poczekać jeszcze miesiąc. Wtedy już nie dam się zbyć. Jeśli będzie dziewczynka to chciałabym już przejrzeć ciuszki i posegregować te jakie mogłaby nosić i ewentualnie dokupić jakieś dziewczęce. Bo nie będę ubierać dziewczynki w ubranka po bracie. Także będzie trzeba sprzedać co się da i kupić babskie. Jeśli okaże się, że chłopiec to nie będę nic zmieniać. Chciałabym już wiedzieć. Ja jednak czuję, że może być dziewczynka. Jednak M mówi, że chyba bardziej chcę niż czuję. No to po krótce co u nas. M pojechał w środę. Także wracamy do swojego trybu życia. Na szczęście pogoda się poprawia i dzięki temu moje samopoczucie też jest inne. Ale nie o tym. Dziś chciałam napisać o zakupach jakie poczyniłam dla Jaśka w wydawnictwie Zielona Sowa.
Zaczęło się od tej książeczki, którą kupiłam Jaśkowi w jakimś sklepie z zabawkami. Jaś nie chciał malować kredkami, tylko ciągle farbami i stwierdziłam, że jest jeszcze za mały, żeby robić małe kolorowanki, więc kupiłam mu specjalnie takie duże. I na prawdę je polubił. A że nie znalazłam później nigdzie takich dużych kolorowanek postanowiłam poszukać tego wydawnictwa. I jak się ucieszyłam, jak zobaczyłam że można zamówić w necie. I na dodatek za większe zamówienie wysyłka jest gratis. Nie oglądałam się i zamówiłam kilka pozycji. Bo Jaś na prawdę się wciągnął i zamierzam go też jakoś wspierać w tym. Chcę żeby już jakoś malował jak pójdzie do przedszkola. No i im więcej ćwiczy tym bardziej wyrabia sobie małą motorykę. Mam nadzieję, że to pomoże mu w przyszłości ładnie pisać.
Jedną książeczkę Jaś już zrobił. Naklejki przykleja jeszcze krzywo, ale się stara, no i coraz mniej wyjeżdża za linie oraz chyba coraz lepiej mu idzie? Jak na trzy latka, to jestem z niego dumna. Podczas wizyty w Gdyni wstąpiłam też do Deichmanna i w końcu kupiłam jakieś wiosenno-letnie buty. Bo chodzenie w zimowych to już była przesada przy tych temperaturach. Ja nie mam dużo par butów. Nie kupuję, bo mi się coś podoba, tylko jak potrzebuję. I potem noszę tak długo aż znoszę i potem wywalam. Mam kilka par na koturnie i chyba ze dwie pary szpilek i jakoś ich nie mogę wynosić. Nie kupowałabym ich gdyby nie jakieś wesela i teraz leżą. Chyba je odsprzedam i kupię jedne czarne uniwersalne i będzie miejsce w szafie.
Te trampki bordowe pokochałam. No i okazało się, że musiałam wziąć rozm 41, gdzie zawsze muszę 42. Także jak kupujecie trampki to mierzcie, bo wydają się większe. Uwielbiam takie wygodne buty.